Jarosław Macionczyk: Mówię to, co myślę

Data publikacji: 2021-10-03, autor: Klaudia Piwowarczyk

Są w polskiej siatkówce postacie, które w środowisku poważane są bardziej. Są takie, których sportowy dorobek może zdumiewać. Zdarzają się i takie, które mimo swoich dużych osiągnięć nadal rozwijają się i dzielą bezcennym doświadczeniem z innymi w tym otoczeniu. Choć tak naprawdę robić tego nie muszą. Taką osobą w pełnej krasie jest Jarosław Macionczyk, rozgrywający naszego zespołu. W obszernej rozmowie z klubem opowiada o nieco innej stronie siatkówki, swoim charakterze oraz formie i zakulisowych relacjach w sporcie.

 

 

Z jaką nadzieją wchodzisz w ten sezon?

 

Jarosław Macionczyk: - Z taką samą, jak w poprzednim sezonie i jeszcze wcześniejszym. Jak co roku tutaj, w BBTS-ie chcemy wejść dobrze w te rozgrywki. Chcemy grać na wysokim poziomie i dostarczać naszym kibicom emocji. Nauczony doświadczeniem z poprzedniego roku muszę przyznać z całą stanowczością, że chciałbym grać u kresu sezonu bardzo dobrze i tam notować zwycięstwa niż teraz… Gdyby ktoś powiedział mi w chwili obecnej, że mogę przegrać trzy mecze, ale w maju trzy ostatnie wygrać, to ku temu bym się skłaniał. Oczywiście mówię to z dozą dystansu, bo nie o to w tym wszystkim chodzi. Mam na myśli fakt, że istotne jest to, aby w najważniejszym momencie sezonu zrobić wszystko, żeby temu zespołowi pomóc w osiągnięciu naszego celu. Nie będę teraz deklarował  czy awansujemy czy nie. My zwyczajnie musimy zdać sobie sprawę z tego, które mecze są dla nas kluczowe. Jak się okazało w roku ubiegłym, to te najważniejsze mecze i nasza w nich stuprocentowa motywacja oraz pełne zdrowie są najważniejsze. Wtedy będzie nam łatwiej – nie łatwo, ale łatwiej.


Każdego roku buduje się pewien zespół. W roku ubiegłym udało wam się stworzyć wspaniały monolit, który na przestrzeni kilkunastu spotkań z rzędu niemalże niczym walec równał każdą przeszkodę, którą napotkał na swojej drodze. Finalnie fundament jednak udało się podburzyć, a efekt końcowy jaki był, wiemy doskonale… Czego potrzebujemy teraz, aby nam niczego nie zabrakło?


- Nie da się ukryć, że jestem doświadczony, ale takiego sezonu jak ten poprzedni jeszcze w karierze sportowej nie miałem. Nigdy tylu meczów z rzędu nie wygrałem. Czego potrzebujemy? Moim zdaniem odpowiednej reakcji na porażki. W tamtym roku, po bodajże siedemnastu zwycięstwach z rzędu przyszła jedna przegrana i po wejściu do szatni nie mieliśmy pojęcia, jak mamy się zachować. Każde uprzednie zwycięstwo było owocem lepszego czy gorszego spotkania, ale przynosiło nam w ostatecznym rozrachunku sukces. Czy było to 3:0 w godzinę czy 3:2 w dwie i pół godziny, to wchodząc do szatni była radość i satysfakcja. Po tej jednej porażce każdy chował gdzieś swój wzrok, bo nie wiedział, co robić i jak zareagować. Nasz zespół nie był nauczony przegrywać. Dwie trzecie sezonu tak właśnie wyglądało. Wiem, że porażki się przydarzą, choć życzyłbym sobie, żeby ich nie było. Chciałbym, żeby każdy z nas umiał reagować na nie i sobie z nimi radzić. Po tylu latach gry w siatkówkę mnie samego ta sytuacja bardzo zaskoczyła, bo i ja nie wiedziałem, co mam powiedzieć.


Doświadczenie w sporcie to coś, co nabiera się z czasem i wypracowuje się latami. Dla młodszych zawodników gracze twojego pokroju powinni stanowić pewien autorytet. O to jest jednak w obecnych czasach bardzo trudno, chociażby z uwagi na różnorodność charakterów młodego pokolenia. Niemniej jednak mógłbyś ocenić, jak wygląda to z twojej perspektywy obecnie? Czy rzeczywiście tak jest?

 

- Swoją sportową przygodę kieruję już drogą pewnych siatkarskich przełomów. Zaczynałem treningi w momencie, gdy nikt nie wiedział, co to jest sprzęt treningowy dostarczony przez klub, odżywki, suplementy, odnowa biologiczna, o całej dodatkowej otoczce nie wspominając. Gdzie tam jakieś gumy, trenażery czy programy do analizy gry własnej czy przeciwnika. Możnaby powiedzieć – prehistoria. Jednak to wszystko bardzo mocno poszło do przodu. Czasem im więcej jest tych udogodnień, tym więcej jest z tym kłopotów. Kiedyś na treningu była potrzebna skrzynka wody gazowanej i za nią właśnie odpowiadali dyżurni gracze w zespole. Dodam, że niekoniecznie najmłodsi. Kto przegrał „małe gry”, ten nosił wszystko, nie było wyjątków. Teraz jest więcej obowiązków z racji tego, że o większą ilość rzeczy trzeba zadbać. Jak widać trochę się pozmieniało. Wszystko się rozwinęło, jak każda inna dziedzina życia. Stwierdzam jednak, że zdarzają się zawodnicy z młodszego pokolenia, którzy są bardziej roszczeniowi. Niekoniecznie potrzebują mieć autorytet w zespole, na którym będą się wzorowali, bo tak zostali wychowani. Ich autorytet stanowią rodzice czy przyjaciele. Jeśli chodzi o nasze środowisko w Bielsku-Białej, to nie mamy na co narzekać. Do nas trafiają zawodnicy, którzy dobierani są nie tylko pod względem umiejętności, ale i charakteru. Nie są to gracze, z którymi mamy jakikolwiek problem w szatni i odkąd tu jestem, a jestem już dość długo, to nie było sytuacji wywołującej większy problem. Wiadomym jest, że w takiej grupie nie każdy się ze sobą przyjaźni, ale spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu i dla dobra zespołu trzeba dobrze ze sobą żyć – choć oczywiście zgrzytów nie brakuje. Wielkiej sprawy nie odkryję jeśli powiem, że w szatni musi być dobra atmosfera, ale na boisku jeszcze lepsza. Jako jeden z bardziej doświadczonych zawodników staram się w codziennym kontakcie z młodymi zacierać różnicę wieku. Od młodszych kolegów my, starsi również czerpiemy trochę fantazji, więcej uśmiechu i luzu bo ważne jest, by się uzupełniać wzajemnie.

 

Czy w twoim odczuciu dobór charakterologiczny zespołu ma znaczenie?

 

- W siatkówce to jest bardzo ważne. W tej dyscyplinie zawodnik pokazuje charakter kiedy wygrywa grając „koncert”, kiedy wygrywa grając słabiej, ale najbardziej kiedy zdarzy się porażka. Wtedy widać moc charakteru. Charakter pokazujesz także poza boiskiem – w szatni, poza nią, w autokarze… Wielką sztuką jest dobrać ludzi tak w zespole, aby ich charaktery ze sobą współgrały i uzupełniały się. To połączenie charakterów oraz umiejętności siatkarskich poszczególnych zawodników łączy się w całość i powstaje projekt, o którym marzy każdy trener. Siatkówka jest trudnym, technicznym sportem, ale można dopracować rzemiosło w taki sposób, że uzależnienie zawodników od siebie owocuje dobrą grą i przynosi radość im samym oraz kibicom.


Kolejny sezon i następny, w którym będziemy podziwiać cię na boisku. Jak czujesz się fizycznie?


- Muszę zmartwić tych, którzy wysyłali mnie na emeryturę – czuję się lepiej niż w zeszłym roku i dwa lata temu. Ja nikomu w PESEL nie zaglądam i niekoniecznie chciałbym, żeby ktoś zaglądał w moją metrykę. Ważne, jak człowiek się czuje i jaki ma swój tzw. biologiczny wiek. Najważniejsze jest dla mnie to czy i w jakim stopniu jestem w stanie pomóc swojemu zespołowi. Jeżeli ja powiem sobie „stop”, to będzie to w pełni moja przemyślana decyzja. Już od kilku lat słyszę, że przechodzę na siatkarską emeryturę. Możemy żartować między sobą, bo u kresu każdego sezonu mówię „to może jeszcze rok?”, ale ja to powtarzam co roku. (śmiech) Kto mnie zna, ten doskonale o tym wie. Od początku przygotowań do obecnego sezonu zrobiłem wszystko co mogę, by czuć się dobrze fizycznie i na razie tak jest. Jestem przekonany, że oboje z Radkiem Gilem stworzymy mocny duet rozgrywających i liczę na niego tak, jak zapewne i on liczy na mnie. To chłopak, który ma wszystkie cechy dobrego rozgrywającego – ale ma też to, o czym wspominałem wcześniej – sportowy charakter. Żaden z nas nie ma przypisanej roli pierwszego czy drugiego rozgrywającego. Mamy razem współpracować, bo ligi nie wygrywa się w pojedynkę. To boisko weryfikuje i to na nim musi być współpraca, a gracze muszą się uzupełniać. Nie może być tak, że wyłącznie jeden zawodnik występuje, a drugi siedzi na ławce. Chciałbym, żeby w nasze wyniki wkład miał każdy i wszyscy z nas mogli powiedzieć, że dali z siebie sto procent.

 

Być może sam nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale poniekąd wydajesz się być trochę wodzem tej drużyny. Odczuwasz to w jakiś sposób?

 

- Wodzem jest trener, ja to mogę być zaledwie podwładnym. (śmiech) Faktem jest, że wielokrotnie w przeszłości byłem wybierany kapitanem drużyny. Bez względu na to czy decyzję podejmował trener czy koledzy z zespołu, taką rolę otrzymywałem. Faktycznie, może coś w tym jest. Może jestem tak odbierany poprzez moją pozycję na boisku. Jedni nazywają to mózgiem dryżyny inni dyrygentem, ale faktem jest, że pozycja rozgrywającego jest niewątpliwie ważna. I tu znowu można wrócić do pojęcia odpowiedniego charakteru. Jestem człowiekiem, który mówi, co myśli. Zdaję sobie sprawę z tego, że komuś to momentami nie odpowiada, bo powiem zbyt szczerze lub za dużo czy ktoś może czuć się przeze mnie urażony, natomiast ja to wszystko robię dlatego, że zależy mi na dobru tego zespołu, klubu. Wielokrotnie słyszałem, że marudzę i narzekam. Ten, kto tak mówi, ma po prostu inny charakter i nie zauważa szczegółów, które mnie rażą. Uważam, że jeżeli można coś poprawić, to należy o tym rozmawiać wprost. Trzeba takie sprawy rozwiązywać od razu, bez obmawiania tego po kątach. Może czasem nie jest to miłe i przyjemne, bo ktoś podejdzie do tego bardziej wrażliwie, ale robię to wyłącznie z troski. Zależy mi na mojej pracy i zawsze będę do niej podchodził w stu procentach bez względu na to, czy będę pracował w siatkówce czy gdziekolwiek indziej. Nie toleruję bylejakości. Wiem, że nie wszyscy tak do tego podchodzą, ale jestem człowiekiem, który lubi mieć wszystko poukładane i w każdej dziedzinie cenię sobie porządek. Nawet zegarek muszę mieć ustawiony co do sekundy. (śmiech) Taki jestem i tego nie zmienię, bo to mi bardzo pomaga.

wykonanie: Strony internetowe Bielsko-Biała

Zdjęcie drużynowe
Wersja na bardzo duże ekrany / stacje robocze Wersja na duże ekrany / laptopy Wersja na tablety Wersja na smartfony